* Zaloguj się   * Zarejestruj się


Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 
 Temat postu: Hełm Thora
PostWysłany: Pon Mar 06, 2017 5:12 pm 
Offline

Rejestracja: Nie Sty 12, 2014 6:12 pm
Posty: 327
Dla tych co woleliby czytać w pdf - link do pobrania znajduje się na dole postu.


Kiedy skończyłem odmawiać modlitwę, wróciłem do swojej komnaty i postąpiłem prosto do okna. Udałem się tam w celu pozbycia się nadmiaru śliny, której nie miałem akurat ochoty przełykać. Złapałem za klamkę, pociągnąłem szybkim ruchem okno i splunąłem.
Widocznie tak miało właśnie być. Najwyraźniej, miałem zebrać w sobie tę ślinę, by w rozwoju wypadków nieuzasadnionych, skończyć na polu wichrowym – kilkanaście kilometrów od domu mego. Ot wyplułem, podniosłem wzrok ku górze – jak to zwykłem zawsze robić, wychylając łeb przez okno – i moje oczy ujrzały, ostro przeszywające gwiazdy. Gdyby kto spojrzał na mą twarz w tym momencie zabawnym, zobaczył by jak nagle moje oczy rozszerzają się, niczym na widok nagości niespodziewanej. Dusza rozpromieniała i uczułem podniecenie, a po chwili przeszył mnie malutki domysł oszustwa. Udałem się bez wyraźniejszej potrzeby do kuchni – gdzie z radosnym okrzykiem, popatrzyłem w lustro na człowieka w stanie ożywienia i wróciłem szybko do pokoju, by raz jeszcze otworzyć to cudowne okno. Chciałem się upewnić, czy nie wsadziłem czasem głowy, nie do tego dworu, lecz kiedy wychyliłem się ponownie – znowu ujrzałem gwiazdy. W świerkach płonął Syriusz i był prawdziwy – jasny i białawy. Orion za południkiem, także nie sprawiał wrażenia ułudy. Z prawej wisiał jasno-żółty rogal, do którego przyklejone było światło popielate. Wyżej były Hiady i Plejady. Wszystko było najprawdziwsze i znajdowało się tam, gdzie znajdować się powinno o tej porze.
Zamknąłem okno i znalazłem się nagle w innej komnacie. W rogu stał teleskop. Jego rozmiary pomogły mi szybko powziąć decyzję.

Po kwadransie byłem gotów i jechałem już w swoim wozie, polną w kierunku drogi krajowej numer 816. Dojechałem po kilometrze do ów szosy i zatrzymałem się przed asfaltową nadbużanką. Doły z jakimi zmagałem się przez ten kilometr, nie pozwoliły zbytnio skupić się nad wybraniem miejsca i rozmyślałem jeszcze kilka dobrych chwil, nim ruszyłem w lewo.
W moim oknie, wraz ze mną płynął Księżyc na którego spoglądałem ze lekkim niesmakiem. Niesmak zamienił się po chwili w odrazę, gdy zrozumiałem, że gna on na miejsce do którego zmierzam. Po około dziewięciu kilometrach, skręciłem przed wieżą obserwacyjną w lewo, na pustą, polną drogę. Księżyc przeskoczył nad prawe zbocze a jakieś sto metrów przede mną, po lewej stronie drogi, dostrzegłem uciekające w pola – dwie białe, okrągławe dupy, które świeciły w ciemności. Sprawiały wrażenie jakby podskakiwały same na dwóch nogach, ale trwało to ułamki sekund, bo zaraz potem ujrzałem dalsze części ciała i wiedziałem, że to sarny. Biegły tylko ich tułowia – bez głów. Światła mego samochodu tylko je musnęły a one pierzchły w pola.

Po pewnym czasie zatrzymałem wóz. Na miejscu dął silny wiatr. Ostatnim razem jak tu byłem, też wiało – jeno mocniej. Potem uznałem, że do prawdy nie bardzo wiem, po com właściwie tu przyjechał, skoro na niebie wisi jeszcze ten plujący żółcią, gad łysawy. Na szczęście nie był on jeszcze nazbyt spuchnięty i po chwili małego rozeznania, uznałem, że niebo jest nawet dobre a co więcej – przejrzyste.
Rozstawiłem fotel z tyłu samochodu – przy lewym rogu. Przerzuciłem pasek mojej lornetki 10/50 przez szyję i usadowiłem się tak, by poczuć jak najlepszą stabilność. Zasiadłem niczym na kinowy seans. W moją twarz gonił teraz nowy tabun wiatrów, więc musiałem przerwać i wstać. Cofnąłem fotel za prawą lampę wozu i ponownie zasiadłem na tronie. Teraz spostrzegłem, że moją twarz okłada żółtawa smuga od tego samego Księżyca, co to gnał razem ze mną po szosie, więc znów musiałem wstać. Przesunąłem fotel tak, by uciec od strugi światła a jednocześnie nie dać się wywiać w pole hen.

Orion wyglądał całkiem nieźle. M42 jednak dopiero co zaczynała rosnąć. Po chwili wyłoniła się delikatna poświata w miejscu mgławic NGC 1973, 1975, 1977 a powyżej świeciło, pierwszym rzutem oczu, osiem gwiazd gromady NGC 1981. Pionowa trójka pośrodku, jakaś czwórka po prawej i jedynka po lewej. Zerkaniem wyskakiwało coś nieco więcej. Pod M42 pojawiła się mglista poświata wokół jasnej gwiazdy. Potem zjawiła się M43.
Przesunąłem lornetkę wyżej – do Pasa Oriona i zobaczyłem przy Alnitaku poświatę znajomą. Była łatwa, zaś po chwili, jakby w całej swej subtelnej – od blasku Alnitaka – mglistości, próbował się ukazać ciemny korzeń. Ten już był trudny i przypominał postać ledwie zarysowaną, niczym duch we dnie. Nie był to ostry, czarny nurt, płynący przez alnitakowe ucho, lecz chwilowe zakłócenie obrazu przez ulotną, nieco chłodniejszą od otoczenia postać. Postać, która jak gdyby przemknęła w ułamku sekundy na ekranie starego, śnieżącego telewizora. Sam Płomień, palił się stosunkowo jasno. Wzrok najwyraźniej począł się coraz lepiej przyzwyczajać do zmąconej – przez rogal wyłysiały – ciemności.
Chwilę później zobaczyłem wyżej, mgławicę M78 i zaraz nad nią – mniejszy kłębek NGC 2071. Poprawiłem trochę fotel i znów rzuciłem wzrok na kosiarzy tak zwanych. Było ich trzech. Wokoło otaczało ich mnóstwo słabszych dziwolągów a gdzieś w całym tym tłumie, rysował się pewien – ni to wąż, ni to inny haczykowaty stwór.
Potem przesunąłem się z mym siedziskiem lekko w lewo i machnąłem lornetkę na gwiazdę Rigel. Kojarzy mi się on z wiedźmą – co to mi spokoju nie daje. Wiedziałem, że czarownicy tam nie ma. Wzrok był słabo przyzwyczajony a na niebie wszak, był jeszcze jako taki Księżyc. A poza tym, nie było Pętli Barnarda, więc i nie mogło być tym bardziej, wiedźmy znad Erydanu. Ta pierwsza jest niejako krokiem do drugiej – zdawało by się.

Chwilę później ukoiłem oczy przecudną M41 w Wielkim Psie. Mój fotel był niezły. Ręce oparte o jego poręcze, zdradzały bardzo znikome drgania. Przesunąłem wzrokiem do gromady NGC 2360 a potem do gromady NGC 2345, po czym skręciłem w lewo na wschód. Tam mnie przyszło przykucnąć na dłużej. Próbowałem odnaleźć i zobaczyć pewien twór na który od jakiegoś czasu czekam. Zwie się on: Hełm Thora. Nie poznałem dokładnej lokalizacji na mapach, więc musiałem polegać na przeszukaniu pewnego, niewielkiego skrawku nieba. Wpatrywałem się bardzo skrupulatnie – o, jakże skrupulatnie! Powziąłem wielką baczność i pozwoliłem sobie zaostrzyć bystrość mego umysłu i wzroku tak, ażeby opuściły mnie w końcu wszelkie odgłosy, jakie otaczały mnie w koło. Oko moje, pewno krzątało się dziwacznie – jedno z drugim – ale czułem, że coś się wydarzy. Kręciłem się nad pewnymi gwiazdami, które przypominały mi uszy Zająca. Wielką literą go wziąłem, bo o gwiazdozbiór mnie szło. Począłem zataczać koła, skanować to tu, to tam i jeszcze bardziej zaostrzyłem zmysły wszelakie. Zdawało mi się, że widzę bardzo subtelne pojaśnienie nad zającem – kopią. Jakby nagle po długim wyczekiwaniu – coś bardzo nietrwałego jeszcze – rodzić się poczęło.

Nagle zszedłem z powrotem na ziemię i ocknąłem się w moim fotelu. Poczułem zimno w rękach i do uszu powróciły znajome dźwięki. Były to głównie, podmuchy wiatru, który pędził z południa i mijał mnie zaraz przy moim fotelu, po czym gnał gdzieś w stronę sowiecką, do której to już nie daleko było za drogą krajową numer 816. Wyciągnąłem zmiętolone rękawice z lewej kieszeni i naciągnąłem je na dłonie. Palce gdzieniegdzie wylazły na wylot. Odczułem ulgę i mogłem teraz jeszcze bardziej skupić się na obrazie w mojej lornetce.

Ponownie zaraz spojrzałem w miejsce na niebie – gdzie jak mi się zdawało – widzę Thora. Ustawiłem w końcu widok tak, by w kadrze mieć trzy obiekty: Gromadę NGC 2360, NGC 2345 oraz tajemniczy obiekt, który z każdą minutą począł nabierać realności i z początkowych domniemań, przekształcił się w prawdziwy twór. Już go teraz widziałem. Tlił się obok gwiazdki jednej. Był tam. Hełm Thora. Ponad zajęcze słuchy fałszywe i obok gwiazdki jednej.„To musi być Hełm Thora!” – począłem wykrzykiwać na głos. Gdzie jakie sarny pozostały wokół – pewno znów pierzchły w pola. W kadrze zaświeciły trzy obiekty niebieskie. Najwyraźniejszą była gromada NGC 2360. Tylko odrobinę słabsza od niej, wydawała się być podłużna NGC 2345. Hełm Thora – skarb mój urokliwy i daleko nieziemski – był nieporównywalnie słabszy od tych dwóch gromad, co to z nimi trójkąt zarazem robił. Przeobraził się z czasem w nieregularne pojaśnienie a gdym patrzał nań, tak jeszcze długą chwilę – zechciał ukazać nawet swą pionową naturę bezkształtną. I oto ogarnęła mnie potem promienność i błogość szczęścia. Przyszedł czas, gdym go widział. Przez ułamek sekundy przeszła mnie ulotna myśl, że mogę się mylić, ale zaraz potem zagrzmiały jakby wewnętrzne głosy odwagi. Byłem pewny swego. Zdaje się – myślałem – nie było tam żadnej zabłąkanej gromady ni kłębów innych siwawych, co można by je lornetką dojrzeć. Chwilę później, ogarnęło mnie uczucie, które towarzyszy często za pewne początkującym obserwatorom, gdy zobaczą na własne oczy coś, o czym czytali, słyszeli i niejako gdzieś w zakątku głowy – marzyli. Bo obserwator to w gruncie rzeczy, taki marzyciel.

Zakrzątnąłem się potem jeszcze wokół mego odkrycia. Musiałem zanotować skrupulatnie z idealną precyzją, położenie wśród gwiazd – tejże chmury. Formalności dopełniłem w domu, w mej komnacie, gdzie na mapach i fotografiach zobaczyłem Thora w identycznej pozycji jak na niebie. Nie będę przytaczał dokładnej operacji zapisu położenia mgławicy, ale mam ją ugraną i mam też obraz w pamięci.

Nawracający feniks

Po tym jak odnalazłem słynny Hełm Thora, mógłbym w zasadzie wsiąść do wozu i odjechać. Czułem się spełniony. Pozostałem jednak odrobinę dłużej, tam – na wichrowym polu. Siedząc w moim fotelu, począłem skanować jeszcze trochę niebo. Pomknąłem na północny zachód od mgławicy: Thor's Helmet. Chwilę później miałem się przekonać o tym, że ów Thor, nie był jedyną osobliwością, jaką ujrzałem tego wieczora.

W kadrze miałem teraz gromadę Messier 50. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy nią, a inną gromadą: NGC 2345 – które to mieściły się przyciasno w polu mej lornetki – ujrzałem nową gromadę. Wtedy była to dla mnie mała, zlepiona kilkoma słońcami kupka światła, ale potem dowiedziałem się, że to niejaka NGC 2343. Zaraz na prawo od tej gromady wisiała pewna gwiazda, a gdyby skręcić przy niej ostro w dół, można by natrafić na parkę słońc. Owa gwiazda oraz parka, razem w gromadą, ułożyły mi się w głowie na kształt kątownika. Gdzieś tutaj, pochwyciłem oczyma pewne pojaśnienie sporawe. Początkowo było nudno, ale po chwili podjąłem się próby zapamiętania owego pojaśnienia. Teraz winien jestem przytoczyć wam swoje osobiste notatki, nagrane dźwiękowo, ale jako że są one bełkotem zanadto dziwacznym i nie wpadającym lekko w ucho – nieco je podmalowałem i przelałem na papier ekranowy. To co się nagrało, bardzo dobrze pokrywa się z obrazem map i fotografii, później rozpatrzonych. A było to mniej więcej tak: Punktem odniesienia była NGC 2343. Po jej prawej miałem gwiazdę, zaś poniżej pewną parkę gwiazd – ów kątownik. Patrzyłem teraz na linię, która tworzyła bok mego winkla – po prawej od gromady. Linię przeszywało na wylot pojaśnienie, biegnące pewnym mglistym, łagodnym grzbietem, od gromady w prawo i lekko ku dołowi. I gdy grzbiet – tyleż siwy, co przeźroczysty – docierał za linię winkla, o taką odległość, jaka dzieliła linię a gromadę, nagle skręcał dość raptownym łukiem w dół i biegł na południe w kierunku gromady NGC 2345, ale nie biegł nań prosto, ino trochę po prawej od klastra. I na tym na razie zakończę wzmiankę o mgławicy: Mewa.

Ruszyłem kadrem gdzieś ku północy i natrafiłem na pewne skupisko gwiazd o podłużnym trzonie. Patrząc nań wprost, widziałem wężykowaty w pionie klejnot i zacząłem go śledzić od dołu do góry. Najpierw popatrzyłem na dolną gwiazdę a potem już kolejne powyżej. Następna była lekko w lewo, kolejna nad nią do góry, jeszcze jedna lekko w prawo i powiedzmy, że ostatnia na jaką przykułem uwagę, leżała znowu trochę w lewo. Zerknąwszy z boku obiektu, zygzak gwiazd w pewnym miejscu rozmywał się zdradzając naturę gromady. Przemknęło mi w głowię wtedy, że przypadkiem ją kiedyś pewno widziałem. Jak potem sprawdziłem – była nią NGC 2301.

Przesunąłem widok na północny zachód i wpadłem zupełnie niechcący na stos gwiazd jasnych, wiszących jak na drabinie. Gromadę rozpoznałem od pierwszej chwili. Była otoczona jakby kłębem okrągławego dymu a że znałem ten twór już wcześniej, wiedziałem, że to słynna piękność, zwana Rozetą. Przejechałem wyżej i natrafiłem na sterczącą korzeniem do góry choinkę. Przez głowę przemknął – jak zwykle w tym miejscu – nieuchwytny Stożek, co to go nieliczni, najlepsi obserwatorzy zdołali jedynie schwytać.

Oderwałem potem oczy od lornetki i opuściłem ją do klatki piersiowej. Przypomniał mi się Thor. Chwilę po tym, znów poczułem powiew spełnienia obserwacyjnego. Widziałem teraz jasną plamę światła w Raku a potem przesunąłem wzrok na Bliźnięta i kolejno na Woźnicę. Do mych uszu dotarł potem odgłos podmuchu wiatru, który gonił gdzieś dotychczas, poza moim jestestwem. Jakbym ulotnił się do innej krainy i nagle wrócił. Począł majtać moimi nogawkami na udach i szarpać, jakby chciał mi zrobić psikusa, który nikogo by nie cieszył poza nim samym. Jak małe dziecko, które uczepi się jednej rzeczy i będzie ją ponaglał dopóty, dopóki osoba dorosła mu jej nie odbierze, tuż przed punktem kulminacyjnym. Siedziałem teraz z lewą nogą założoną na prawą (jak to często panie siadają grzecznie, ale i panom się zdarza ze względu na wygodę), a ten szarpał mnie najmocniej nad prawym udem. Mój niebieski dres materiałowy, wydawał trzepoczący dźwięk, jak wtedy, gdy ptak próbuję wzbić się w powietrze, ale nie może, bo jakiś nieudacznik, przetrącił go i nie zwrócił na to baczniejszej uwagi, pognawszy za zgiełkiem czasów. Wiatr tarmosił me ubranie przez kilka sekund i ustawał, by ponownie zaraz zatrzepotać.

Przyłożyłem zaraz później lornetkę do oczu i wycelowałem w Zająca. Ponad horyzontem nie było nazbyt czysto i miałem pewne trudności z dostrzeżeniem sławnej gromady kulistej M79, ale po chwili pojawiła się udając bladego ducha. Potem skierowałem się na zajęcze uszy – te właściwe, które sobie ochrzciłem – i na lewo od nich zerknąłem na mgławicę Spirograf. Była ona, jak inne otaczające ją gwiazdy. Nie różniła się niczym, ale i nie wpatrywałem się biegle. Tworzyła z innymi trzema sąsiadkami literę Y.

Przemierzyłem odrobinę niebo w dół i lekko w prawo, do pewnego czworokąta. Trochę powyżej świeciła R Leporis. Była już zmącona nieczystym horyzontem i zeszła dawno z południka. Przez dłuższą chwilę wydawało mi się, że niczego nie ugram tym razem, ale nagle zabłysła. Rozbłysła czerwienią prawie jak krew, po czym wróciła do przeciętnej, ledwie pomarańczowej barwy. Ten widok był teraz rzadkością i zdołałem tylko kilka razy zobaczyć odrobinę jej czerwieni. Widywałem już wcześniej R Leporis i wiem, że ten mistyczny, karmazynowy twór potrzebuję chwilę uwagi i czasu, ale teraz nie było ku temu większej sposobności. Pamiętam jak na mym podwórku zataczałem kręgi wokół niej. Zerkałem i badałem ostrożnie i widziałem jak mrugała niekiedy do mnie swym czerwonym, węglowym okiem. Jeśli wydaje wam się, że nie zobaczycie namiastki jej popisowego numeru – poczekajcie jeszcze odrobinę. Zabłyśnie prawdopodobnie zerkaniem. Warto przyczaić się chociaż na jedno błyśnięcie.
Zdradzę wam, że patrząc na R Leporis, korzystam z usług wielkiej Betelgezy. Mogę wyostrzyć giganta tak, by świecił niemal na biało, albo tak, by był intensywną pomarańczą. Kiedy ustawię najmocniejszy kolor, wracam do zajęczej nory i czekam na odległy, karmazynowy błysk od R Leporis.
Tym razem także wykorzystałem Beletgezę i po drodze do niej, zatrzymałem się na Mieczu Oriona. Och, cóż to był za przecudny widok! Po napojeniu zmysłów, przejechałem po pasie muskając tylko Płomień i czerpałem po chwili moc Betelgezy. Jak młody, naiwny człowiek, co wchodzi do namiotu szamanki. Wszystko dla panny R Leporis – zającówny.

Oderwałem lornetkę od oczu i wstałem. Chmury obejmowały całunem Księżyc, który – co tu jeszcze robił – tego nie mam u licha pojęcia.
Po chwili jechałem ku domu, do mej komnaty. Jadąc, rozmyślałem o Thorze. Uczucie pochwycenia Thora w mej lornetce było mocarne – nieporównywalnie daleko więcej podniecające, od zobaczenia go w teleskopie. Uczucie natrafienia na mgławicę Mewę – dla mnie kojarzoną bardziej z prehistorycznym gadem latającym – było mistyczne. Niespodziewane. Urosło do wielkiej rangi dopiero dwa dni po obserwacjach, kiedy przeanalizowałem notatki z nagraniami, nałożywszy je na zdjęcia. Na polu, ot zanotowałem i nie uśmiechnąłem się nawet wewnętrznie. Potem w domu nie było uśmiechu na twarzy, lecz powaga, zaś w środku zarysowała się linią skrzydła ptaka, swoista rozkosz dla duszy. Szukałem Mewy po omacku, bardziej niż Thora. Doprecyzowałem jej położenie niegdyś tylko do tego, że unosi się gdzieś pod M50 i po lewo na Północ od psiej gwiazdy. Schwytanie ptaka w gwiezdnych polach zimowych ulubieńców – lekko tajemniczych i usnutych aurą wręcz baśniową – było jakbym ujrzał nawracającego ponad ścianą gwiazd feniksa, pozłacanego pyłem gwiezdnym.

Były tam osobliwości. Thor był jednym z nich. W mojej lornetce, moim umyśle i moimi oczyma – niewypowiedziane zaznanie. Niebo chcę pochwycić. Lornetką. Ona mnie uczuciem spełnienia czyniła. Zatem po Hełm Thora! Tam gdzie feniks zawraca, ponad ścianą gwiazd.

http://www.forumastronomiczne.pl/applic ... p?id=66403


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Hełm Thora
PostWysłany: Wto Mar 07, 2017 10:05 am 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: Pon Lis 22, 2010 7:43 pm
Posty: 2150
Miejscowość: Okolice Dęblina/Sochaczew
Dobrze się czytało. Mam kilka z tych obiektów w planie. Próbowałem już Hełmu Thora ale w tak paskudnych warunkach, że w 8" nie było go widać.

PS. Przymierzam się przeczytać Nicka :mrgreen:

_________________
SW Flex 14", SW 200/1000, SW ED 80 Schott, ES Maxvision 82* 24mm, SW UWA 8mm, NLV 5 mm, GSO 2x 2" ED, Nikon 10x50, refraktor ATM 80/320, filtr UHC i OIII


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Hełm Thora
PostWysłany: Wto Mar 07, 2017 2:39 pm 
Offline

Rejestracja: Nie Sty 12, 2014 6:12 pm
Posty: 327
Dzięki:) Ja kiedyś myślałem, że ten cały Thor, to tylko w teleskopie jest widoczny. Jednak potem były na forum wzmianki, że lornetką 15/70 widać, więc warto próbować. Teleskopem to trzeba pewnie idealnie go namierzyć (lornetką zresztą też), choć jak niebo czyste, to sam pewnie zaraz gdzie wylezie. Ja go tylko raz podejrzałem kiedyś Syntą.

Karol napisał(a):
PS. Przymierzam się przeczytać Nicka :mrgreen:

A proszę Cie bardzo :D Trochę inaczej pisane i trzeba przebrnąć przez początkową trasę, ale potem jest ciut obserwacji i nie tylko.


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Hełm Thora
PostWysłany: Śro Mar 08, 2017 9:24 pm 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: Pon Paź 21, 2013 4:11 pm
Posty: 1422
Miejscowość: Olkusz
Świetna relacja. Masz talent do pisania :)

_________________
Taurus 13"
Meade 6.5, Meade 8.8, ES 14, ES 30
OIII 2"
Nikon EX 10x50,


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Hełm Thora
PostWysłany: Śro Mar 08, 2017 11:46 pm 
Offline

Rejestracja: Nie Sty 12, 2014 6:12 pm
Posty: 327
Dziękuje, miło mi to słyszeć :)


Góra
 Profil E-mail  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group